Z reguły mam dużo wspólnego z intuicją, raczej jej słucham, raczej za nią podążam, jak nie podążam to jakiś wewnętrzny sprzeciw.
Dwa razy w życiu miałam wielkie bum, ten bum, nagły jakby piorun z jasnego nieba, fizycznie jakby mnie ktoś cegłą uderzył….dwa razy. Nadal się dziwię co i jak. Jedno wydarzenie, znaczenie wpłynęło na życie innego człowieka, drugie na moje.
Mniej drastycznych uderzeń, bardziej subtelnych, delikatniejszych…podszeptów dużo. Staram się podążać. Wsłuchuję się i słyszę. Coraz bardziej świadomie.
Kiedy idę za tym co mnie woła, zawsze czuję się dobrze, zintegrowana, w swoim…..
Nawet jak głupio wyjdzie, nawet jak coś zmajstruję, nawet jak konsekwencje na pozór nieprzyjemne…wierzę, że zawsze zaprowadzi mnie w miejsce gdzie mam być.
Ostatnio, w pewnych okolicznościach…cisza intuicji. Nic. Wsłuchiwałam się ze szklanką. Przykładałam do drzwi serca. Nic. Cisza.
Gdzie poszła?
Gdzie jest?
Dlaczego jej nie ma?
.
.
.
Nic nie słyszałam, jak głuchy. Cisza. Bezczucie.
I nagle wróciła. Otwarła drzwi i wrzasnęła. Jestem. Go girl! Go girl!
I zrozumiałam.
Dostęp do intuicji jedynie kiedy otwarte serce. Zamknięte-jedynie podszepty ego.
Umiem rozróżnić, nie lubię jak ego do mnie szepce.
Lubię moją intuicję, nie lubię ciszy bez niej.
Dostęp do intuicji jedynie, kiedy mam otwarte w kierunku kogoś serce, w kierunku sytuacji, czy całego życia…najlepiej. Otwartość warunkiem usłyszenia szeptu.
Jeśli więc mam zamknięte serce, to mogę jedynie liczyć na podszepty ego-nie ufam.
Nie słyszę intuicji…zamknięte serce.
I wtedy właśnie, właśniutko takie zdanie do mnie przydreptało:
„The intuition may lead you wrong, but this is the only thing that may lead you right”
