Spędziłam lata w korporacji, i lata w nie korporacji, często wiecie, na takich spotkaniach grupowych…”Przedstaw się i powiedź coś wyjątkowego o sobie”, albo „przedstaw coś ze swojego życia, co jest wyjątkowe”. Obsesja wyjątkowości. No i co wtedy u mnie: jakieś zdenerwowanie wewnętrzne, panika mini lub maxi. Nic, pustka. Nie mogłam znaleźć nic wyjątkowego w sobie. Znacznie bardziej lubiłam pytania typu: „z jakim zwierzęciem się utożsamisz?”. W tedy od razu nachodziła mnie myśl: „no jak to z jakim zwierzęciem?, z krową oczywiście” (akurat byłam świeżo po macierzyńskim, bimbały rozmiar 90E…mleczarnia). Wyjątkowość. Zawsze męczył mnie ten temat. Jakoś nic takiego nie znajdowałam, a szukałam uważnie i w pewnym momencie mojego życia desperacko. Wyjątkowa. W czym jestem wyjątkowa? I cały czas pojawiało się….w niczym. Nie jestem wyjątkowa. No nie jestem. Jak coś zrobię fajnie, to owszem duma, czasem ego skakało, ale poczucie wyjątkowości…no nie. Czułam się zawsze bardzo zwyczajną. Gnębiły mnie myśli, że może moje poczucie wartości kuleje, może jestem w sumie…beznadziejna, ale wiecie, to uczucie, że nie ma we mnie nic wyjątkowego, wcale mnie nie paraliżowało. Nie sprawiało, że chowałam się przed światem i sobą w ciasny kaftan kompleksów, czy mechanizmów ucieczkowych bądź agresywnych. Nie ograniczało mojego życia. Jakoś mi całkiem dobrze było z tym poczuciem, że jestem całkiem zwykła, że niewyjątkowa, że taka jaka jestem. I wtedy ego darło się na mnie z tylnego siedzenia, że jestem minimalistką, że nieambitna, że byle jaka. I brałam siłą woli napędzaną paliwem ego i szłam po osiągnięcia, osiągałam, osiadałam i znowu to samo. W koło Macieju. Dziś jestem w miejscu, gdzie dotarło do mnie, że jestem zwykła i jest mi z tym bardzo dobrze. Że będąc zwykłą, zupełnie niewyjątkową jestem szczęśliwa, i że tylko w tym stanie zwykłości, szczęśliwa jestem głęboko. I dobrze się czuję wśród ludzi, przy których dobrze czuję się z moją zwykłością, gdzie nie muszę doskakiwać, podskakiwać, wystawiać języka ociekającego śliną desperacji pt. „pochwal!”, „pochwal moją wyjątkowość!”.
Moja mama, przy niej zawsze czułam się dobrze będąc jaką sobie jestem, taką niewyróżniającą się, częścią całości. Ludzie dobrze się przy niej czują, ja się dobrze czułam. Nie musiałam być przy niej ani grzeczna, ani ładna, ani radosna, ani skuteczna, ani ambitna, ani miłująca. Mogłam być przy niej wściekła, zazdrosna, głupia, nieinteligentna, pierdząca, płacząca…każda. Była sobie, taka zwykła. I ja byłam sobie taka zwykła, ubrana w dziurawy dres, w brudnych butach, z paznokciami pomalowanymi na czerwono i zdartym lakierem do połowy paznokcia lub wypindziona na błysk, w obcasie 9cm i obciskających ciało nowiutkich dżinsach w kolorze navy blue. Moja mama. Całkiem akceptowała moją zwykłość. Zupełnie przeciwnie niż mój tata. Dwa bieguny pod jednym dachem. Dwa bieguny we mnie. Mam w sobie jakąś biegunowość. I ciężar mojego życia bujał się między jednym a drugim, przez lata w kierunku tego drugiego. Teraz wychyla się w ten.
I kiedyś tak sobie myślałam, że to poczucie zwykłości jest złe, że kurczę, muszę dokopać się do jakiegoś skarbu we mnie, że w czymś jestem lepsza, lepszejsza, zwinniejsza….no musi coś takiego być. Teraz widzę to inaczej. Zwykłość jest skarbem. Każdy jest zwykły. Ja jestem zwykła. Ty jesteś zwykła. On jest zwykły. My jesteśmy zwykli. Wy jesteście zwykli. Oni/One są zwykłe. Niezwykłość to wymysł skaczącego jak pudelek ego. I jak cenię i uwielbiam wiele kawałków muzycznych, które głoszą: „you are so special”, i lubię się nimi pokarmić……też przecież ego mam i to dość sobie nie całkiem pozbawione werwy, to jednak zostaję na co dzień z moją spokojną zwykłością i ze swoim wyjątkowym ? podejściem do nie wyjątkowości.
Kłaniając się mojej zwykłej mamie, której zwykłość dość niezwykła w obecnych czasach. Mamie, z której nigdy nie byłam dumna, która nie przenosiła gór i nie oszałamiała tłumów, ale przy której każdy mógł poczuć się zwykły, taki jaki był i w tej zwykłości czuć się jak w wannie wypełnionej lekko ciepłą wodą i dymami piany kąpielowej o zapachu dzikiej pomarańczy.
Miał być wpis o zwykłości, wyszedł o mojej mamie.
Taki wyszedł.
