Ostatnio napisałam tak:
Prawda w relacji ze sobą, nawet trudna, nawet ciemna, mroczna i niechciana. Taka jestem. Taka jesteś. Taki jesteś. Żadne kłamstwo tego nie zmieni. Akceptacja.
I dziś płynę dalej, bo zdanie to zakorzeniło się i domaga się kontynuacji. Natarczywe, krzykliwe, mocno uciążliwe-znaczy ważne.
No tak, mamy takie pokusy, pokusiki, pokusiska od dziecięctwa, żeby schować to co niepopularne w ciemnej skrzyni, albo lepiej na dnie błotnego jeziora (??? Jest coś takiego? Dziwnie brzmi…), i obchodzić z daleka, nie zbliżać się, a już na pewno nie dziubać dna żadnym patykiem. Tak trzeba było zrobić, bo środowisko nie pozwalało inaczej. Jeśli podczas gry planszowej taki mały człowiek doznaje nagłego ataku furii, bo chciał wygrać, a nie wygrał, i zamiast spotkać się z akceptacją (nie mylić z uleganiem i pobłażaniem) emocji, czyli młody człowiek właśnie uczy się przeżywać porażki, a zamiast dostał baty, awanturę i odrzucenie, to może za kolejnym razem, zaraz po skończonej, przegranej partyjce pobiegnie nad jezioro i wrzuci do niego oblepioną błotem wściekłość. Innym razem smutek. Innym razem rozczarowanie. Jeszcze innym zazdrość, zawiść, a może i wrażliwość, łagodność, delikatność, kruchość. Jezioro zacznie puchnąć, a dziecko z każdym razem przebytej drogi, zacznie tracić siły, energię swojego życia. Bo dziecko jeszcze wtedy nie wie, że tam, na dno tego jeziora oddaje cząstki siebie, swoje życie, cząstki swojego życia.
I nie wie, że zaczyna okłamywać siebie, chce wyrzucić z siebie siebie. Chce być kochane, akceptowane, a przecież z tym wszystkim brzydkim, nie da się jej/jego kochać. Wtedy dziecko jeszcze nie wiem, że da się, da. I należy mu się to jak psu buda, i to że nie da rady jego czy jej kochać, to nie o nim, czy o niej, a o tej osobie co z kochaniem ma trudność. Nie wie wtedy dziecko, i chowa to siebie na dno tego jeziora i jak już wszystko schowa, to ucieka daleko, żeby nie kusiło z tym kijem podejść i zamieszać w jeziorze. Zaczyna wypełniać siebie niesobą, stając się trochę jak czek bez pokrycia.
I patrz, to Ty to ja.
I to , że masz pięknym pismem wykaligrafowane na sobie 1 000 000 $ to nie znaczy, że wewnątrz prawda.
Udawanie, że tego, co innym się o mnie nie podobało we mnie, nie ma, nie znaczy, że tego nie ma.
Życie w lęku, że inni poznają prawdę….
Życie w lęku, że sam/a czuję, że ona jednak jest.
Dopóki nie przygarnę tych oddzielonych, zakopanych, utopionych części, dopóty nie będę w stanie żyć swoim życiem w prawdzie, wolności od lęku i w autentyczności.
A z resztą kto powiedział, że złość, zazdrość, strach, smutek, wrażliwość są brzydkie? Są fajne. Dają dużo energii, dużo odczuwania, pozwalają życiu płynąć.
Nie da się zrezygnować z jednej części siebie, bez konsekwencji w innych częściach.
Nie da się zrezygnować z odczuwania złości, bez rezygnacji z odczuwania radości. Takie życie.
Polecam wziąć się jako całość, w pakiecie. Ciekawe skarby można tam poodkrywać, klejnoty…..
Wolność to dawanie sobie prawa bycia tym kim się jest. To jest prawdziwa wolność.
Daję sobie prawo do czucia jak czuję i bycia jaką jestem.
Prawda w relacji ze sobą, nawet trudna, nawet ciemna, mroczna i niechciana. Taka jestem. Taka jesteś. Taki jesteś. Żadne kłamstwo tego nie zmieni. Akceptacja.
A co potem z tym zrobię, czy pójdę z ogniem, czy popłynę z prądem…to już zupełnie inna opowieść. Decyzje.
Świadome decyzje. W pełni świadome decyzje. W pełnej wiedzy co ja, co inni, co na teraz i na przyszłość. Świadomość.
Jeśli ten teks choć trochę z Tobą zarezonował, pojawiła się jakakolwiek reakcja, zaduma, emocja, to proszę daj sobie parę minut, żeby z tym pobyć. Nie biegnij dalej, bo inne ważne sprawy….Ty jesteś najważniejsza/najważniejszy….Zmiana przychodzi jak zatrzymamy się na chwilę…świadomie.
