![]()
![]()
Na zdjęciu moje tymczasowe miejsce medytacji. Czyż nie urocze? A że urocze miejsce to i wpis o uroczym temacie…Medytacja.
Medytuję od jakichś 5 lat. W zasadzie codziennie. W sumie to codziennie, bo nawet jeśli nie zawsze usiądę w tradycyjnej pozycji medytacyjnej, na tradycyjnej poduszce medytacyjnej, która leży na tradycyjnej macie medytacyjnej….to medytuję gdziekolwiek jestem, będąc.
Mnoży się od poradników, o tym jak medytować, o definicji medytacji. Na początku byłam pogubiona. Widziałam, i może i kupiłam książkę „Medytacja, łatwiejsza niż myślisz” i po 5 latach mogę powiedzieć z całą pewnością, że medytacja jest znacznie trudniejsza niż myślałam. Dla rozlatanego, rozbieganego, rozłażonego umysłu, napchanego przekonaniami, zestresowanego, zezłoszczonego, zirytowanego, kontrolującego, planującego czyli dla takiego, który dominuje u większości osób, medytacja jest i będzie znacznie trudniejsza niż myślisz, mimo że czynność wydaje się banalnie łatwa.
Bo o co chodzi?
Medytacja jest o uspakajaniu nadpobudliwego umysłu, o zrobieniu miejsca na świadome życie. Chodzi o to, żeby być tu i teraz z tym co przychodzi, doświadczać wszystkiego, co jest bez angażowania nachalnie narzucających się przyzwyczajeń umysłowych jak np. ocena, interpretacja, kontrola, planowanie i takie tam, czyli…..obserwuję co u mnie i tyle, tylko obserwuję i jestem sobie z tym, przez na przykład….20 minut (to zaledwie 1/96 doby, nawet sceptycy! warto poświęcić ten czas, skoro wszyscy trąbią, że dobrze medytować). I tak np. moje początki: 20 minut było jak koszmar z ulicy Floriańskiej w Krakowie o 1:00, w czerwcową, sobotą noc: chaos, same śmieci, ludzie odurzeni, całkowicie pozbawieni świadomości, często alkoholowa nadaktywność, czasem pokładanie się w zrezygnowanym amoku alkoholowym…gdziekolwiek, działanie bez ładu i składu, żeby tylko działać, oszalałe emocje…..
Koszmar…każda minuta trwała jak 10, przedłużające się wszystko, napływające „ważne” sprawy, które mam do zrobienia, a leżę tutaj bezczynnie. „Muszę napisać maila do X”, „Kiedy to się w końcu skończy?”, „„Muszę napisać maila do X”, „Czy na pewno wyłączyłam kuchenkę?”, „Muszę napisać maila do X”, „Kiedy to się skończy?”, „Nie zapomnieć, żeby napisać maila do X”, „Co to ja miałam zrobić?”, „Nie zapomnieć zapłacić rachunku za prąd”, „Nie zapomnieć, żeby napisać maila do X”, „Koniecznie kupić nowe jesienne buty”, „Nie zapomnieć, żeby napisać maila do X”, ,,Zaraz pewnie Remik się obudzi, a ja leżę i nic nie robię, marnuję czas”, „Nie zapomnieć, żeby napisać maila do X”, „Dlaczego się tak do mnie odezwała?”, „Nie zapomnieć, żeby napisać maila do X”, „Dlaczego nie odpisuje na smsa?”, „Nie zapomnieć, żeby napisać maila do X”, „Mogłam jej powiedzieć, że….”, „Nie zapomnieć, żeby napisać maila do X”……
To już nawet nie pojedyncze śmieci
To już nawet nie niewielki domowy śmietnik
To śmietnisko, wysypisko śmieci umysłowych.
Pierwsza obserwacja: „Ale śmieci myślowe”…to pierwsze odkrycie.
U mnie zawsze dominowało, jak ja to mówię, taskowanie, czyli zadania, planowanie, zadania, planowanie, zadania….
Są i tacy, u których dominują dialogi wewnętrzne, czyli gadanie ze sobą, co mogłam, czego nie powiedziałam, a co mogłam powiedzieć i takie tam…..dyrdymały, dywagacje na temat przeszłości, na którą mamy wpływu….zero.
Są i inne śmieci takie jak , rozpamiętywanie tego co było, taplanie się w skamieniałych emocjach i w myślach komentowanie, obgadywanie w głowie, wściekanie…..różne takie.
Po 2 tygodniach! Jakie to były koszmarne 2 tygodnie! Każdego dnia 20 minut, które trwało dla mnie jak 2h. Przez 2 tygodnie świadome obserwowanie, albo półświadome obserwowanie tego co powyżej, bo dla dodania dramatyzmu podkreślę, że ten śmietnik dzieje się i tak, nawet nie medytując, ale go zwyczajnie….nie zauważamy! Zauważenie i bycie z tym…trudne, bolesne, nudne, jednym słowem…Golgota. Po dwóch tygodniach nastąpiła znaczna poprawa stanu pacjenta…..Pojawiły się sekundy bez natłoku myśli, potem minuty. Po 5 latach bywa, że i parę minut, hahahah. No dobra, po 5 latach jest ok, po 4 też było, po 3 też….. Generalnie wszystko ok, jak tylko zacznie zaciekawiać.
Taka koszmarna, retrospekcyjna przejażdżka do początków. Nie zachęca. Trudno. I tak warto podjąć trud.
Wracam do teraz.
I tak np. siedzę sobie w tym przeuroczym miejscu, które widzisz na zdjęciu i medytuję. Pojawiają się osoby, przemierzające jezioro na łódkach. Nie widzę tutaj innych medytujących. Czuję się jakaś wyobcowana, dziwadło, przepływający ludzie spoglądają. Czuję wewnątrz presję, ocenę, promyk zawstydzenia. I….jestem w tym. Nie zbieram manatków, żeby zasiąść bezpiecznie do medytacji w zaciszu pokoju. Sprawdzam co mi robi, kiedy robię to co czuję i wystawiam się na widok innych. Jestem w tych emocjach. Sprawdzam, co w ciele. Sprawdzam co w myślach. I Jestem sobie. Napięcie, z początku duże, ustępuje po chwili, już mogę sobie być swobodnie. Siedzieć. Doświadczyłam czegoś o sobie w pełni. Nie uciekłam przed doświadczeniem. Pozwoliłam mu być i pozwoliłam sobie przeżyć je w pełni. Samoświadomość. Wolność.
Albo taki case: ciężko znoszę napięcie w ciszy, np. kiedy to między mną i kimś innym trudna atmosfera, albo tzw. niezręcznej ciszy, albo ciszy, kiedy coś zrobię, powiem i czekam…cisza przed burzą, reakcja niepewna, lęk. Ciężko znoszę takie napięcie. Ono jest o lęku. Lęk jest najtrudniejszą emocją. Ucieczka. Walka. Zamrożenie. Najchętniej wtedy zagadać tą ciszę, wypowiedzieć jakieś farmazony, zrobić jakieś zamieszanie, pobłaznować, zmienić temat, albo zniknąć z zasięgu, zaszyć się w norze lisa, zakopać w kopcu kreta, zaszyć w podziemnych korytarzach… Medytacja: jestem w tym. Przeżywam tą niezręczność, tą wrogą albo złowróżbną ciszę. Jestem w niej. Obserwuję, co ona mi robi, jestem w emocjach, które płyną, nie unikam ich, doświadczam swojego lęku, a raczej najróżniejszych lęków. Stawiam czoło prawdzie, a raczej ustępuję jej miejsca. Jestem. I nawet jak trudno, niewygodnie, nieswojo. Jestem. Po co? Bo to prawda o mnie, obnażona…..Tak poszerzam świadomość o sobie, dowiaduję się, bez zabiegów, mechanizmów, błazenady, że bardzo ciężko mi być z lękiem. Nie zakrywam prawdy. Jestem w prawdzie tego, kim tak naprawdę jestem, a może raczej tego co tak naprawdę czuję, jakie emocje przeze mnie przepływają. I powoli się rozpływa to napięcie, i czuję że mogę je objąć, skontenerować, że nie muszę zagadać, zabawić, zniknąć. Mogę z tym być i nic z tym nie robić. Mogę to przeżyć bez poświęcania swojej autentyczności. Wolność.
Każda taka sytuacja uczy mnie o mnie samej.
Medytacja poszerza samoświadomość, a co za tym idzie świadomość ogólnie. A przecież fajnie żyć świadomie. Świadome życie to takie, w którym doświadczam prawdziwie i w pełni, wiem, czuję co się dzieje, a nie jadę na autopilocie. Nie jestem maszyną, do której ktoś wsadził baterie i która reaguje na życie bodziec-reakcja, a życiem płynącym w ciele, spontanicznym, nieprzewidywalnym, prawdziwym.
Całe życie może być medytacją.
Życzę Ci dzisiaj, żeby całe Twoje życie było medytacją!
Jeśli ten wpis choć trochę cię poruszył, zatrzymaj się na 5 minut. Daj sobie czas na poczucie, co teraz u Ciebie. Nie pędź nigdzie. Jesteś najważniejsza/najważniejszy w swoim życiu. Nic nie ma w Twoim życiu ważniejszego od Ciebie. Gdyby nie Ty, nie byłoby Twojego życia.
