BYĆ MOŻE, KIEDY ODŁOŻYSZ WSZYSTKO, CO MYŚLAŁAŚ/EŚ O SOBIE, ZNAJDZIESZ SIEBIE. 
W terapii, psychologii i rozwoju często próbujemy coś w sobie zmienić, naprawić albo zbudować. A może droga prowadzi w przeciwną stronę, do odklejania kolejnych warstw tego, z czym się utożsamiamy.
„Jestem smutna. Jestem leniwy. Jestem ambitna. Jestem wyjątkowy. Jestem taka, jestem taki…”
Ile z tego naprawdę jest nami, a ile jest historią, którą przez lata zaczęliśmy uważać za siebie?
Ten cykl jest o rozpoznawaniu tych utożsamień i ich puszczaniu. Nie po to, żeby znaleźć kolejną definicję siebie, ale żeby przestać potrzebować definicji.
Bo być może pod tym wszystkim nie trzeba już niczego dodawać. I właśnie tam pojawia się spokój.
Wystarczy być.
UWODZICIELSKA NATURA MELANCHOLII 
Melancholia i depresja nie zawsze są tylko cierpieniem. Czasem stają się również schronieniem. Dają ciszę, wycofanie, przewidywalność i ulgę od świata, który bywa zbyt głośny, wymagający i pełen napięcia.
I właśnie dlatego mogą być tak uwodzicielskie.
Z perspektywy somatycznej można spojrzeć na ten proces jak na konsekwencję długotrwałego pozostawania w napięciu. Kiedy przez długi czas żyjemy w stanie walki lub ucieczki, ciało pozostaje w ciągłej mobilizacji. Jest czujne, gotowe do działania, reaguje na kolejne bodźce. Taki stan może być niezwykle wyczerpujący.
A kiedy walka i ucieczka trwają zbyt długo, w pewnym momencie po prostu brakuje już siły, żeby dalej walczyć.
Pojawia się wycofanie. Spowolnienie. Odcięcie. Zapadanie się.
I wtedy melancholia może przynieść coś, czego wcześniej bardzo potrzebowaliśmy: koniec chaosu.
W porównaniu z lękiem, napięciem i ciągłą gotowością do działania może być wręcz przyjemna. Jest cicha. Przewidywalna.
Nie wymaga. Nie każe niczego robić. Można się w niej schować.
Jak w ciepłym, ciężkim kocu.
Dlatego czasem człowiek nie chce z niej wychodzić. Nie dlatego, że chce cierpieć. Być może dlatego, że ten stan jest dla niego bezpieczniejszy niż to, co znajduje się po drugiej stronie: życie, ruch, relacje, oczekiwania, niepewność.
I właśnie tutaj może pojawić się coś jeszcze bardziej subtelnego.
Z czasem stan, którego doświadczamy, może stać się częścią tego, za kogo siebie uważamy.
„Ja już taka jestem.”
„Taki mam charakter.”
„Jestem melancholijna.”
„Tylko kiedy jestem smutna, jestem naprawdę sobą.”
„Na jesień zawsze łapie mnie depresja.”
I właśnie tutaj pojawia się utożsamienie. Nie tylko ze smutkiem, ale z całą opowieścią o sobie, która wokół niego powstaje: jaka jestem, jak się czuję, jak reaguję, jak zachowuję się wobec świata.
Melancholia przestaje być wtedy czymś, czego doświadczam, a zaczyna być czymś, czym jestem.
I być może właśnie dlatego tak trudno ją puścić. Bo nie puszczamy już tylko pewnego stanu. Puszczamy także kawałek obrazu siebie.
I wtedy najtrudniejsze pytanie nie brzmi już: Jak przestać być smutną?
Brzmi: Kim będę, jeśli przestanę być melancholijna?
Być może właśnie lęk przed odpowiedzią na to pytanie trzyma nas w identyfikacji. Bo jeśli przez długi czas smutek był naszym schronieniem, a później stał się częścią naszej tożsamości, jego puszczenie może oznaczać wejście w coś nieznanego.
W terapii pomocne może być więc zobaczenie melancholii z boku, jako stanu, który przychodzi, a nie jako definicji siebie. Możemy z ciekawością przyjrzeć się temu, co nam daje i przed czym nas chroni. Możemy zauważać pierwsze sygnały, że zaczynamy w nią „wpadać”, i krok po kroku odzyskiwać możliwość wyboru.
Nie chodzi o to, żeby zamienić smutek w radość. Chodzi o to, żeby przestać być smutkiem.
Bo kiedy przestajemy utożsamiać się ze smutkiem, nie musimy tworzyć w sobie radości. Możemy po prostu odkryć, że ona już tam jest, pod tym wszystkim, co przez lata przykrywało nasze doświadczenie siebie.
Bo przecież nie jesteśmy smutkiem. Smutek jest tylko jedną z warstw, które czasem przykrywają to, co w nas prawdziwe.
Bo być może pod tym wszystkim nie trzeba już niczego dodawać.
I właśnie tam pojawia się spokój.
Wystarczy być.
Odłożenia dziś myśli o smutku nam wszystkim życzę 
