No dobra, nie mam nadmiaru tkanki tłuszczowej, no nie mam. Może odrobinę na brzuchu…może pół kilo worku cukru. Niezależnie od wagi, czy zniewagi, czasem czuję się jakbym była ściśnięta do szerokości zasuszonego kwiatka między książkami. Swoją drogą, pojawiło mi się nagłe odczucie, współodczuwania z takim kwiatkiem….nigdy już żadnemu tak więcej nie zrobię, bestialstwo!
Zasuszona, tak, często czuję się taka zasuszona, ściśnięta między kartkami książki, położonej pod toną innych książek. I mój żałosny krzyk, w sumie dochodzi już tylko do mnie.
Bożeeeee, jaki dramatyczny obraz wykreowałam. Prawdziwy, czy nakrapiany złością, irytacją, rezygnacją?
Dobra, ale ponieważ o stanach emocjonalnych ciężko dyskutować…..nawet ze sobą, bo to raczej o odczuwaniu, a nie o komentowaniu, to idę dalej w to, o co mi dzisiaj chodzi.
Pamiętam jak parę lat temu, zanurzona w karierę…zawrotną ?, rzucana falami, „ambicji”, oczekiwań, dopaminowego szału, od jednego brzegu do drugiego, pomyślałam….15 minut. 15 minut dziennie tylko dla mnie: „Dżizus, ale jak ja w tej zawierusze znajdę 15 minut tylko, tylkusio dla siebie?!?!?!?”
24h ma doba. 15 minut to 1/24×4=1/96 doby!!! Serio? Nie znajdę dla siebie 1/96 doby?
Nie mam dla siebie 1/96 doby, a potem w weekend jadę do „cioci na imieniny”, gdzie ani mi przyjemnie, ani mi miło i co? I znajduję dla kogoś innego?
Zaczęłam rutynowo sprawdzać, co ważne, co ważniejsze, a co zupełnie mnie nie kręci, nie dodaje wartości do mojego życia. Ok, może do czyjegoś tam dodaje, do mojego nie, a że to ja jestem Panią Swojego Życia, to do mnie należy dbać….o mnie, nie o ciocię, przypadkowe napotkane osoby, czy inne Panie w sklepie…..
Znalazłam 1/96 doby dla siebie.
Od tego czasu rozpycham się coraz bardziej.
Wyjeżdżam na tygodniowe warsztaty, wtorki i czwartki mam dla siebie, weekendy też nie raz i nie dwa, i…….. ciągle mi mało! Mało mi mnie w moim życiu! Bo…..jednak w huraganie dnia codziennego, umyka myśl o sobie i nagle mam czas dla siebie naładowany ….. tym co zrobić najlepiej już teraz, tym co niby lubię, ale z obszaru „zrobić”, a nie „być”.
1 h dziennie, tylko dla mnie, na mój chaos, na moją ciszę, na bycie ze sobą, bez planowania w jaki sposób, co przyjdzie to będzie, bez narzucania sobie, że ćwiczenia, że medytacja, że taniec, że skakaniec….. 1 h niezaplanowana, wsłuchanie się w siebie i swoje wewnętrzne wołanie, podążanie za tym co aktualnie chce się wypowiedzieć, co chce się przeżyć. Bez planu. Usiąść i poczuć, co teraz?
Wielkim minusem planu jest to, że znowu idzie z naszej części, która coś narzuca, myślącej, zarządzającej-to ta najnowsza część naszego mózgu-kora nowa. To co idzie z niej raczej nie doprowadzi do kontaktu z tą piękną siłą życiową, zdeptaną, wdeptaną w ziemię, dobitą młotkiem i dociśniętą kamieniem. Tą siłą życiową, która zdycha od najmłodszych lat pod naporem oczekiwań, zadań, wymagań…..Ledwie dyszy, ale jednak dyszy, to znaczy, że żyje-dobra wiadomość. Tą siłą życiową, która woła: „chce mi się”, „pragnę”, „mam ochotę”, „kręci mnie to”, wskoczę w lodowatą wodę, nie bo to dobre dla zdrowia, bo morsuję, a tak bez powodu…..bo mnie kręci. Tą siłą, która sprawia, że widząc wypolerowaną posadzkę biorę rozpęd i ślizgam się po niej jak najdalej, nie myśląc że ktoś tam patrzy i pomyśli, że stara i takie głupoty (to przychodzi później ?). Tą siłą życiową, dzięki której wsiadam w samolot/samochód/na rower i jadę spotkać się z kim czuję, że pragnę. Tą siłą, która zupełnie wbrew mojej woli, pcha mnie w plecy, kiedy stojąc na zarośniętej trawą górce, nagle i bez mojej woli, turlam się po niej. Tej siły życiowej, która każde się kręcić z radością mimo, że niechybnie zawrót głowy czeka za rogiem. Siły życiowej, której się bardziej chce niż nie chce. Której się chce!
Jak to jest robić rzeczy z idącego impulsu, z chęci, pragnienia?
Jak to jest pozwolić sobie na poczucie tego impulsu?
Jak to jest pozwolić sobie, żeby porwał nas w nieznane?
Freud mówił o ID, o tej części nas, która kieruje się instynktami, popędami=dążeniem ku przyjemności. To część ognista, może i piekielna, ale taka która jest paliwem, bucha, pulsuje, żyje. Jasne, jasne, ma i swoje ciemne strony, no ma, ale czasem, zaryzykuję stwierdzenie, że zawsze, warto ją delikatnie przebudzić, zaopiekować się małą bestyjką, dać jej przestrzeń…..to ja.
1h z wakacjami dla kory nowej, 1h z przestrzenią dla tego co przyjdzie. Dla mnie…
I nie chodzi o wciskanie 1h SIEBIE w otaczające życie, a o układanie życia wokół 1 h SIEBIE.
A potem rozpychać się dalej ?
p.s. dodam tylko tutaj pod koniec, niewielkim drukiem ?, że ten wpis nie jest kierowany do osób, którym wydaje się, że świat ma obowiązek kręcić się wokół nich, że oni są Słońcem, a inni powinni się cieszyć, że pozwalają im orbitować wokół siebie ? Nie, ten wpis dedykuję osobom….zupełnie innym. One będą wiedzieć……
